Powinniśmy przygotować się na wzrost cen prądu?

Podziel się:

fot.Pixabay

Choć stawki energii elektrycznej rosną od półtora roku na rynku pierwotnym, dla odbiorców indywidualnych zostały zamrożone. Wraz z zakończeniem roku wyborczego zostaną jednak uwolnione – uważa prof. Rafał Weron z Politechniki Wrocławskiej, który na co dzień zajmuje się prognozowaniem cen energii elektrycznej.

Sztuczne zamrożenie cen prądu z końcem tego roku traci swą magiczną moc. Choć politycy przed wyborami uspokajali, naukowcy analizujący i przewidujący ceny prądu są odmiennego zdania. W 2020 r. rosnącymi kosztami uprawnień do emisji dwutlenku węgla zostaną obciążeni odbiorcy. A te w ciągu półtora roku wzrosły aż o 400 proc., przekładając się 60-procentowy wzrost cen samej energii na rynku hurtowym. 

Marcin Kaźmierczak: Zacznijmy od najważniejszego. Czy ceny prądu w najbliższym czasie nas zaskoczą?

Prof. Rafał Weron, Politechnika Wrocławska: Ceny będą rosły, ale to akurat nie powinno być zaskoczeniem.

Co będzie miało wpływ na wzrost cen?

Przede wszystkim mamy problem z klimatem. Energetyka jest niewątpliwie jednym z sektorów gospodarki, który najmocniej wpływa na zanieczyszczenie atmosfery dwutlenkiem węgla. A wzrost udziału dwutlenku węgla w atmosferze prowadzi do globalnego ocieplenia. Unia Europejska doszła do wniosku, że unijny system handlu uprawnieniami do emisji (ETS) jest nieefektywny. W myśl starych założeń ceny uprawnień były zbyt niskie i nie spełniały swojej funkcji, czyli nie zachęcały do zmniejszania zanieczyszczeń i nie promowały tych, którzy chcą wytwarzać energię elektryczną ekologicznie. Ogłoszenie wprowadzenia od 2019 roku Rezerwy Stabilności Rynkowej, która ogranicza wolumen praw do emisji dwutlenku węgla, skończyło się drastycznym wzrostem cen emisji z ok. 7,5 euro za tonę na początku ubiegłego roku do niemal 30 euro w lipcu tego roku. Przełożyło się to na skok cen energii elektrycznej w Polsce – kraju, który węglem stoi – z ok. 150 do 250 złotych za megawatogodzinę (MWh).

O ile więcej możemy wkrótce płacić za prąd?

Długoterminowe prognozy cen energii przypominają wróżenie z fusów, szczególnie w kontekście decyzji politycznych dotyczących handlu prawami do emisji. Może się okazać, że UE zwiększy limity emisji i ceny spadną, ale w tej chwili wydaje się to bardzo mało prawdopodobne. Z drugiej strony możemy mieć kryzys gospodarczy, podczas którego ceny paliw spadną, więc nawet przy wysokich kosztach praw do emisji, końcowa cena prądu i tak będzie niższa. Nie widzę jednak symptomów, aby ceny prądu miałyby spaść w najbliższym czasie.

Rachunek przeciętnego „Kowalskiego” jest jednak ustabilizowany. To się zmieni teraz, po wyborach?

Ustawa prądowa zamroziła ceny prądu dla odbiorców indywidualnych, ale nie jest w stanie wpłynąć na ceny na rynku hurtowym w Polsce, a tym bardziej w Europie. Nie widzę innego wyjścia niż wzrost cen dla przeciętnego „Kowalskiego” w 2020 roku. Nie można utrzymywać cen, przerzucając bez przerwy koszty na producentów energii, czyli elektrownie, które są przecież spółkami Skarbu Państwa. Rok wyborczy się skończy, to zniknie presja polityczna.

Sposobem na poradzenie sobie z wyższymi cenami praw do emisji byłoby przejście na odnawialne źródła energii?

Tak, choć niezależnie od cen uprawnień do emisji powinniśmy to zrobić dla naszego zdrowia. Jest to jednak kosztowne. Poza tym rezygnacja z węgla rodziłaby duże problemy społeczne, ponieważ coś z tą rzeszą pracowników sektora górniczego trzeba by zrobić. Zasadnicze pytanie brzmi, który rząd będzie w stanie ponieść ryzyko i zmierzyć się z tymi problemami. Budowa nowych elektrowni, czy to wiatrowych, czy słonecznych o odpowiednio dużej mocy jest także czasochłonna. Nie można jednak tego zaniedbywać i ten proces nie może odbywać się całymi dekadami.

Niemcy chcą do 2038 r. zrezygnować z węgla w energetyce. Czy Polska może w ogóle myśleć realnie o jakiejś dacie odejścia od węgla?

Technologicznie prawdopodobnie tak, ale czy społecznie i geopolitycznie jest to możliwe? Wątpię. Politycy mogą podać każdą datę i byłaby to wyłącznie decyzja polityczna. Obecnie prawie cała produkcja energii elektrycznej w Polsce opiera się na wysokoemisyjnym węglu. Przejście na gaz ziemny wiązałoby się z uzależnieniem od surowca, który trzeba by importować. Węgiel mamy, więc z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego jest on dla nas bezpieczniejszy. Z kolei przejście na odnawialne źródła energii wymaga zapewnienia mocy wytwórczych znacznie przekraczających obecne zapotrzebowanie na energię. Przecież wiatr nie zawsze wieje, a słońce nie świeci całą dobę.Czy fotowoltaika i panele słoneczne montowane przez samych odbiorców mogą wpłynąć na obniżkę cen prądu?

Z punktu widzenia odbiorcy tak. Dużą cześć, ale nie całość, wygenerowanej energii zakład energetyczny odliczy od rachunku za prąd pobrany z sieci. W rozliczeniu rocznym możemy praktycznie zredukować rachunek do zera.ZOBACZ TEŻ: Giełdowy boom na fotowoltaikę

A ceny na rynku hurtowym?

W tym przypadku fotowoltaika stwarza duże problemy. Profil konsumpcji energii elektrycznej jest zgodny z czasem naszej aktywności – w nocy jest niskie zapotrzebowanie, rośnie nad ranem, gdy wstajemy i idziemy do pracy, w środku dnia się stabilizuje lub nawet spada. Ponownie nieco rośnie, gdy wracamy do domu, by w końcu opaść późnym wieczorem. Ale słońce świeci najmocniej w środku dnia, a w nocy w ogóle. Więc im większy jest udział fotowoltaiki w produkcji energii, tym większa jest różnica między zapotrzebowaniem na energię z innych źródeł wczesnym popołudniem i wieczorem. Ceny hurtowe mogą spaść w środku dnia, ale fotowoltaika nie pomoże zlikwidować wieczornego szczytu. 

Jakie może to rodzić konsekwencje w przyszłości?

Kalifornijski operator systemu elektroenergetycznego nazwał ten fenomen krzywą kaczki (ang. duck curve), ponieważ profil produkcji ze źródeł niefotowoltaicznych przypomina kaczkę – rankiem ogon, w środku dnia niżej położony grzbiet, a wieczorem wysoko uniesioną głowę. Z roku na rok ten grzbiet jest niżej położony. Prognozy dla Kalifornii są takie, że w 2020 roku trzeba będzie dwukrotnie zwiększyć produkcję między godziną 16:00 (grzbiet) a 19:00 (głowa). Nie zapewni tego wiatr, który jest bardzo niestabilnym źródłem.

Czyli można pokusić się o tezę, że alternatywne źródła energii zakłócają ceny prądu?

Tak. Produkcja z paneli i wiatraków zmniejsza ilość energii, która w innym wypadku musiałaby być produkowana z konwencjonalnych źródeł. Elektrownie węglowe jednak zwykle pracują 24 godziny na dobę, ponieważ technologicznie proces wyłączenia i ponownego włączenie bloków jest długotrwały i kosztowny. Gdy wieje wiatr i świeci słońce, a zapotrzebowanie jest niskie, to ceny na rynku hurtowym spadają i w skrajnych przypadkach mogą być ujemne. Dekadę temu tego zjawiska nie odnotowywaliśmy, a teraz od czasu do czasu w Niemczech dochodzi do sytuacji, w której elektrownie konwencjonalne są w stanie dopłacić, byleby tylko ktoś odebrał prąd. 

Problem rozwiązałoby zwiększenie możliwości zmagazynowania energii?

Tak. Ale to musiałyby być rozwiązania na dużą skalę, które pozwoliłyby zmagazynować energię generowaną choćby przez panele fotowoltaiczne, wówczas gdy jej nie potrzebujemy i umożliwić jej konsumpcję kilka godzin później. Jednak baterie sporo kosztują, a pierwiastki, z których się je produkuje, też nie występują na ziemi w nieograniczonych ilościach.

Z prof. Rafałem Weronem rozmawiał Marcin Kaźmierczak

(bankier.pl)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *